Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odżywianie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odżywianie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 lutego 2014

Czekoladki nadziewane musem malinowym


Oto przepis na pyszne czekoladki, którymi możecie obdarować Kogoś wyjątkowego na zbliżające się Walentynki. Takie smakołyki, mogą być też świetnym pretekstem, żeby po ich spałaszowaniu pójść razem pobiegać;) Zabawa w cukiernika jest dosyć pracochłonna, ale dzięki temu efekt końcowy daje tak dużo satysfakcji! Samo wykonanie nie jest trudne, ważne jest jednak, żeby składniki były dobrej jakości.




Składniki:
  • 80g czekolady mlecznej (ja użyłam Ritter - moja ulubiona),
  • 50g czekolady deserowej,
  • maliny (teraz niestety tylko mrożone),
  • 50ml śmietanki 30%
  • 80g białej czekolady 


Najpierw przygotowujemy nadzienie - ja zrobiłam mus malinowy. Najpierw przesmażyłam maliny. Następnie rozpuściłam czekoladę białą ze śmietanką, wymieszałam z musem i pozostawiłam do ostudzenia.

Następnie - najtrudniejsze zadnie - temperowanie czekolady. Można pominąć ten krok, ale dzięki temperowaniu czekoladki będą śliczne i błyszczące. Nie będę się mądrzyć, tylko odsyłam do bloga: http://foodmag.pl/blog/temperowanie-czekolady-krok-po-kroku/, bo z niego właśnie zaczerpnęłam informacje i muszę przyznać, że efekt końcowy przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Dodam, że użyłam zarówno czekolady mlecznej, jak i deserowej.

Gdy już nasza czekolada jest gotowa, smarujemy nią specjalne foremki - najlepiej użyć do tego pędzelka. Ścianki pokrywamy dosyć cienką warstwą, po czym wkładamy foremki do zamrażalnika na ok. 10 min, po czym powtarzamy tę czynność. Potem umieszczamy w powstałych dziurkach nadzienie pozostawiając kilka mm na górze i dopełniamy je pozostałą czekoladą. Odstawiamy jeszcze na min. godzinę do lodówki, po czym wyjmujemy je z foremek i... gotowe!

Wyszło ok. 30 czekoladek, przydatność do spożycia - kilka dni, ale ostrzegam - baardzo szybko znikają!


Słodkie Walentynki 2014 Pralinki, trufelki, czekoladki... 3

czwartek, 6 lutego 2014

Śniadanie mistrzów - owsianka ze śliwkami i z cynamonem


Uwielbiam rozpoczynać dzień od owsianki! Jak dla mnie świetna sprawa - rano ogarnia mnie wilczy głód, a miska owsianki pozwala zaspokoić go na długo. Dziś wzbogaciłam ją o suszone śliwki i cynamon, dorzuciłam też kilka bakalii. W ten prosty sposób powstało pyszne, rozgrzewające zimowe śniadanie.




Moim jedynym zastrzeżeniem co do owsianki, jest to, że musi być zrobiona ze zwykłych płatków owsianych, nie błyskawicznych. Ta druga jest zbyt rozdrobniona, a ja lubię jak jedzenie jest "na ząb". Poza tym zwykłe płatki owsiane są bardziej wartościowe dzięki temu, że nie zostały poddane dodatkowej obróbce. A owsianka to źródło mnóstwa cennych substancji odżywczych - stanowi źródło białka, błonnika, witamin i minerałów. Zawiera substancje psychogenne poprawiające nastrój, świetnie wpływa na nasze samopoczucie i zmniejsza uczucie zmęczenia, a przy tym jest całkowicie legalna! Na dodatek jest to prawdziwa kuracja upiększająca - poprawia cerę i kondycję włosów oraz paznokci. 

Niektórzy robią na mleku, inni na wodzie - a ja idę na kompromis i robię pół na pół. Na samej wodzie jest dla mnie bez smaku a na mleku trochę zbyt... mleczna.


  • płatki owsiane - 3-4 łyżki
  • mleko / woda
  • szczypta soli
  • łyżeczka miodu
  • suszone śliwki
  • bakalie
  • cynamon



A więc dla zdrowia, nastroju, urody i energii - owsianka!




Śniadanie mistrzów

sobota, 1 lutego 2014

Tagliatelle ze szpinakiem i orzeszkami piniowymi


Jak można wywnioskować na podstawie zamieszczanych przeze mnie przepisów, różnego rodzaju makarony często pojawiają się w mojej kuchni. Nie ma co ukrywać - liczne pobyty we Włoszech w dużym stopniu wpłynęły na to, jak wygląda mój jadłospis. Klasyczne penne i spaghetti, fikuśne farfalle, rigatoni, czy też długaśne bucatini - uwielbiam wszelkie makarony za prostotę i szybkość ich przygotowywania, za różnorodność ich kształtów i oczywiście za to, że dania wyczarowane z ich wykorzystaniem są zawsze pyszne i sycące! Dziś na talerz trafiły tagliatelle, a głównym dodatkiem był szpinak - przy tej arktycznej bieli za oknem chyba zatęskniłam za odrobiną wiosennej zieleni. Dla wzbogacenia potrawy dodałam też uprażone orzeszki piniowe, które latem własnoręcznie wyłuskałam z szyszek pinii.




Składniki*:
  • makaron jajeczny tagliatelle
  • 1 ząbek czosnku
  • szpinak (użyłam mrożonego w liściach)
  • śmietana
  • oliwa z oliwek
  • sól, gałka muszkatołowa
  • parmezan
  • orzeszki piniowe


Na oliwie z oliwek podsmażyłam posiekany czosnek, dodałam szpinak i poddusiłam go trochę. Przyprawiłam solą i pieprzem, po czym dodałam ok. 3 łyżek śmietany. W międzyczasie ugotowałam makaron. Wymieszałam go z sosem szpinakowym. Już na talerzu sypnęłam szczyptę parmezanu i na zwieńczenie dzieła dodałam uprażone na suchej patelni orzeszki piniowe. Jak widać - danie ekspresowe. Smacznego!





*Nie podaję dokładnych ilości, gdyż wszystko zależy od liczby porcji, apetytu danego dnia a także osobistych    preferencji. Sama wiem, że bardzo często zdarza mi się dość znacznie modyfikować proporcje.  

piątek, 31 stycznia 2014

Białe szaleństwo a dieta


Zbliża się dzień wyjazdu na narty czy też snowboard - nocleg w górach już zarezerwowany, zakupione nowe gogle, narty naostrzone, poczynione zostały też przygotowania kondycyjne i wykupione ubezpieczenie;). Jest jednak jeszcze jeden aspekt, na który warto zwrócić uwagę w kontekście białego szaleństwa i którego nie można zaniedbać przy uprawianiu jakiegokolwiek sportu. Mowa o diecie narciarza. To, co zjemy przed, podczas i po powrocie ze stoku nie pozostanie bez wpływu na jakość naszego szusowania.

źródło: freedomsphoenix.com

Jazda na nartach lub snowbordzie wymaga sporych pokladów energii. Aby nigdy nie zabrakło nam paliwa na stoku warto podzielić dzienne spożycie na 3 posiłki uzupełnione o 2 przekąski.

Śniadanie zjedz jak król. Pierwszy posiłek dnia powinien dostarczać energii na rozpoczęcie dnia i wytrwanie na stoku do obiadu. Powinien więc być obfity, aczkolwiek nie obciążający żołądka.

Świetną przekąską do zabrania na stok jest banan zawierający dużo potasu przeciwdziałającego skurczom mięśni lub gorzka czekolada, która dostarcza energii i jest bogata w magnez. Takie smakołyki szybko sprawią, że energia powróci, gdy już poczujemy pierwszy głód.


źródło: groupon.it


Podczas obiadu energię najlepiej czerpać z węglowodanów, powinien zawierać on również białko. Nie należy przesadzać z tłuszczami, które obciążają układ trawienny i nie sprzyjają aktywności fizycznej. Warto przy tym postawić na jedzenie, które w naturalny sposób rozgrzewa organizm. Prym wiodą tu wszelkiego rozdzaju zupy. Dla lepszego samopoczucia warto za to ograniczyć spożywanie produktów wychładzających.




Nie zapominajcie też o nawodnieniu. Gdy jest zimno często nie odczuwamy pragnienia a jedynym spożywanym napojem jest grzane wino w karczmie na stoku. Tymczasem należy od czasu do czasu sięgnąć po wodę lub napój izotoniczny. Pijąc alkohol na stoku warto też pamiętać, że nawet jego niewielka ilość może spowalniać czas reakcji, a poza tym sprzyja wychłodzeniu organizmu.




Oczywiście wczasy w górach mają być przyjemnością, więc od czasu do czasu można sobie pofolgować. Filiżanka gorącej czekolady w polskich górach albo Bombardino w Alpach będą świetne na wieczorną regenerację po dniu spędzonym na mrozie. Warto też skorzystać z okazji do spróbowania lokalnych przysmaków. Góralska kuchnia, mimo, że do lekkich nie należy, pozwoli nam szybko uzupełnić wydatek energetyczny.

Miłego szusowania i smacznego, a już niedługo kolejny artykuł z serii "Niezbędnik narciarza"!

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Zielona herbata - mądrość Wschodu zaklęta w filiżance

Zielona herbata znana i ceniona przez kultury Wschodu od tysiącleci, w naszej kulturze zdobywa coraz większe rzesze zwolenników dopiero od niedawna. Napój ten ma słomkową barwę i charakterystyczny smak, który nie wszystkim odpowiada - choć w dużej mierze jest to kwestia przyzwyczajenia. Ja sama do niedawna nie miałam w zwyczaju picia zielonej herbaty. W porównaniu do czarnej wydawała mi się ona mdła i nawet żadne dodatki w postaci cukru albo cytryny nie były w stanie mnie do niej przekonać. Jej smak doceniłam w pełni dopiero podczas podróży do Chin. Może to kwestia braku alternatywy (w Chinach czarna herbata to rzadkość), a może jej doskonałej jakości i odpowiedniego parzenia. Widok skąpanych w zieleni plantacji herbaty na pewno też odegrał tu swoją rolę.



urocze podwórko w Szanghaju

Tak więc zielona herbata na stałe zagościła już w mojej filiżance (całe szczęście przywiozłam z Chin spory zapas, więc piję ją też po to, aby wraz z aromatem przywołać barwne wspomnienia z podróży). I bardzo dobrze - nie od dziś wiadomo, że zielona herbata ma niezwykle dobroczynny wpływ na nasze zdrowie. Będąc silnym antyoksydantem zapobiega wielu chorobom - w tym niektórym nowotworom. Obniża ciśnienie krwi, reguluje poziom "złego" cholesterolu i cukru we krwi. Wynika z tego, że jej korzystne działanie wycelowane jest wprost w największe bolączki zdrowotne współczesnego człowieka.



zielona herbata - sprzedaż uliczna w Szanghaju

Zielona herbata sprawia jednak nie tylko to, że jesteśmy zdrowsi, ale i piękniejsi. Spowalnia proces starzenia się, pomaga w walce z wieloma chorobami skóry i stymulując przemianę materii jest naszym sprzymierzeńcem w zrzucaniu wagi. I last but not least nie jest bez wpływu na nasz intelekt - będąc delikatnym stymulantem rozjaśnia umysł. Jestem pewna, że sam Konfucjusz chętnie raczył się filiżanką zielonej herbaty. To jak już jesteśmy przy Konfucjuszu, to na zakończenie taka miła sentencja:

"Kobieta zwyczajna ma tyle rozumu, co kura. Kobieta nadzwyczajna - tyle, ile dwie kury".


uprawy zielonej herbaty i bambusowe lasy u podnóży Żółtych Gór


piątek, 17 stycznia 2014

Na kortach Australian Open można smażyć jajka!

Dziś przepis na jajka a' la Djokovic. Do przyrządzenia takiego przepisu potrzebne będzie jedynie:

  • jajko (najlepiej klasy 0 - z hodowli ekologicznej), 
  • kort tenisowy osiągający temperatury nagrzanej patelni,
  • żar lejący się z nieba podczas australijskiego lata. 

źródło: independent.co.uk


Smażyć na półmiękko przez kilka minut. Najlepiej smakują doprawione szczyptą emocji, których dostarczają gry rozgrywane na wielkoszlemowym turnieju.



źródło: bleacherreport.com
To dopiero daje wyobrażenie jak nadludzki wysiłek wkładają tenisiści w grę na tegorocznym Australian Open... świadczyć może o tym też częstotliwość interwencji służb medycznych. A tu umęczona Maria Sharapova w trakcie katorżniczych zmagań.

czwartek, 16 stycznia 2014

Makaron z chorizo, pomidorkami i rukolą


Kolejny szybki makaron skomponowany z tego, co zalegało akurat w lodówce. Na oliwie podsmażyłam poszatkowaną cebulę, dodałam do niej pokrojoną pikantną kiełbaskę chorizo, następnie na patelni wylądowały pomidorki koktajlowe. W międzyczasie ugotowałam makaron - tym razem wybór padł na sedanini rigati. Po odcedzeniu wymieszałam go ze składnikami na patelni, na chwilę przed zdjęciem z ognia dodałam jeszcze garść rukoli.















Proporcji nie podaję, wystarczy wymieszać wszystko "na oko" i na pewno wyjdzie pysznie. Muszę przyznać, że ten prosty spontaniczny przepis bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, uwielbiam takie szybkie gotowanie!


Składniki

  • makaron
  • cebula
  • chorizo
  • pomidorki koktajlowe
  • rukola
  • sól, pieprz






środa, 15 stycznia 2014

Indeks Glikemiczny - co to takiego i jak może nam pomóc w odchudzaniu?


Dzisiaj post, który zainteresuje niewątpliwie tych, którzy przywiązują wagę do tego, co ląduje na ich talerzach i w jaki sposób wpływa to na ich organizm. Na pewno słyszeliście nie raz o Indeksie Glikemicznym, wiem jednak, że dla wielu osób jest to wciąż bardzo enigmatyczne i niejasne zagadnienie.







Co to takiego?

Indeks Glikemiczny to wskaźnik, który pozwala na klasyfikację produktów żywnościowych na podstawie tego, jak ich spożycie wpływa na poziom glukozy we krwi (zjawisko glikemii poposiłkowej). 

Punktem odniesienia do jego wyznaczenia jest porcja produktu zawierająca 50g węglowodanów przyswajalnych a podstawą skali jest wzrost poziomu cukru mający miejsce po spożyciu 50g czystej glukozy (tzn. 50g glukozy ma IG=100).

Im dany produkt ma wyższy indeks glikemiczny, tym wyższy poziom cukru we krwi będziemy mieć po jego spożyciu.

IG a dieta

Indeks Glikemiczny ułatwia kontrolę poziomu cukru we krwi, w związku z czym może być bardzo użyteczny przy planowaniu różnego rodzaju diet (stanowi cenną informację zwłaszcza dla diabetyków i osób odchudzających się). Unikając produktów o wysokim IG (>70), możemy ograniczyć wydzielanie insuliny i w konsekwencji mieć większą kontrolę nad napadami głodu. Należy też podkreślić, że wysoki poziom insuliny sprzyja odkładaniu tkanki tłuszczowej, więc znajomość IG poszczególnych produktów może stanowić cenną pomoc jeśli zależy nam na zrzuceniu w rozsądny sposób kilku kilogramów (oczywiście tylko pod warunkiem, że wszystko nie skończy się na samej teorii).

Aby poznać IG danego produktu wystarczy zerknąć do jednej z wielu dostępnych np. w internecie tabel (w wersji drukowanej czy chociażby aplikacji na smartfona). Zazwyczaj klasyfikują one produkty na te o wysokim (>70), średnim (56-69) i niskim (55-0) IG. Oto wykaz wartości IG dla kilku przykładowych produktów:

źródło: beautybook.pl

Zerkając na tabele należy pamiętać, że IG produktów jest wskaźnikiem, który w zależności od wielu czynników podlega sporym wahaniom. Jednym z nich jest obróbka cieplna. Dla przykładu IG surowej marchewki wynosi tylko 35, jednak po długim gotowaniu wzrasta on aż do 85! Podobnie jest w przypadku makaronu - im krócej jest on gotowany, tym niższy jego indeks glikemiczny. Włosi wiedzieli, co robią propagując gotowanie makaronu "al dente".


Małe sprostowanie, czyli Ładunek Glikemiczny

Na zakończenie napiszę, że pisząc o IG nie mam zamiaru demonizować ziemniaków, czy gotowanej marchewki. I tutaj, aby rozgrzeszyć wyżej wspomniane produkty, z pomocą przychodzi kolejny wskaźnik, czyli Ładunek Glikemiczny. O ile IG dostarcza tylko informacji jakościowych, o tyle ŁG uwzględnia również te ilościowe, biorąc pod uwagę masę spożytych węglowodanów. Może posłużę się tu przykładem - dynia zaliczana jest do produktów o wysokim IG (75), ale należy wziąć pod uwagę, że zawiera bardzo niewiele węglowodanów, jedynie 6,5g/100g, w związku z czym jej spożycie nie podniesie na w znaczący sposób poziomu cukru we krwi (oczywiście o ile nie będzie to taaaaka dynia jak na załączonym obrazku).

Ładunek Glikemiczny wyliczamy w następujący sposób:

ŁG = IG x (g węglowodanów w porcji produktu) / 100

Tak więc 100g wspomnianej dynii będzie miało ŁG = 75 x 6,5 / 100 = 5

a dla porównania 100g makaronu (w porcji 100g znajduje się 75g węglowodanów): 
ŁG = 57 x 75 / 100 = 43

źródło: garnek.pl
Podsumowanie

Indeks glikemiczny może być cenną wskazówką w planowaniu diety, należy jednak pamiętać o tym, że powinien być on rozpatrywany zarówno jakościowo jak i ilościowo. Nie warto też od razu demonizować i całkowicie wykluczać z jadłospisu produktów o wysokim IG, wystarczy kierować się kilkoma prostymi zasadami:

  • należy zachować umiar w przyjmowaniu węglowodanów,
  • warto zestawiać je z produktami bogatymi w błonnik,
  • nie przesadzajmy z długością gotowania,
  • starajmy się ograniczać produkty wysoko przetworzone.

Mam nadzieję, że post okaże się Wam przydatny i choć trochę rozjaśni to wcale nie proste zagadnienie.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Pean na cześć omleta


Dziś migawka z mojej potreningowej kolacji - będzie dietetycznie i patetycznie. No bo jak tu nie popadać w patos w obliczu jednego z najgenialniejszych wynalazków sztuki kulinarnej - omleta. Jajka same w sobie są doskonałym składnikiem diety - stanowią świetnie przyswajalne białko i zawierają wiele cennych substancji odżywczych. Są sprzymierzeńcem ludzi prowadzących aktywny styl życia, ale także osób odchudzających się. Czy wiecie, że dwa duże jajka zawierają tylko ok. 150kcal? 





Jednak to, co jest w jajkach najwspanialsze, to to, że przy wszystkich tych korzyściach płynących z ich spożywania, istnieje też nieskończenie wiele sposobów na ich przygotowanie.
Taki omlet jest jednym z moich dań kryzysowych, kiedy lodówka świeci pustkami a chęci na wycieczkę do sklepu i jakieś skomplikowane gotowanie brak. To jednak nie uchybia w żadnym stopniu jego godności, a gdy jeszcze podsmażymy cebulkę, dodamy szpinak i posypiemy na koniec wszystko płatkami parmezanu, to będziemy cieszyć się daniem, które w ekspresowym tempie uczyni nas silnymi niczym Popeye!


wtorek, 10 grudnia 2013

Szybki dżem śniadaniowy z kiwi i pomarańczy

Oto pierwszy z obiecanych przepisów. Przez chwilę przeraziła mnie klęska urodzaju kiwi, ale szybko okazało się, że znikają one szybciej, niż mogłabym się spodziewać. Na szczęście w porę dotarły posiłki i teraz balkon wypełniły również trzy skrzynie pomarańczy. Z tej okazji postanowiłam przygotować szybki dżem śniadaniowy. Jest pyszny - czarne pestki dodają mu uroku i przyjemnie chrupią a gorzkawy posmak pomarańczy doskonale równoważy słodko-kwaśny smak kiwi i nadaje mu charakteru.

Szybki dżem śniadaniowy z kiwi i pomarańczy


  • 5 kiwi
  • 1 pomarańcza
  • łyżka cukru trzcinowego
  • kilka kropel ekstraktu z wanilii
  • dziś miałam dodatkowo fantazję, żeby dodać łyżkę likieru Grand Marnier, a co!
Przygotowanie jak to w przypadku dżemów bywa, chyba nie wymaga szczegółowego opisu. Tniemy wszystko na kawałeczki, wrzucamy do rondelka, dodajemy i dolewamy pozostałe składniki a po chwili rozkoszujemy się pełnym południowego słońca śniadaniem!


Przepis dodaję do akcji  na Durszlaku "Egzotyka zimową porą".

Enerrrgetyzujący sok z kiwi i pomarańczy

Dzień dobry! Dziś kolejny szybki śniadaniowy przepis - sok z kiwi i pomarańczy. Pyszny i szalenie kolorowy początek dnia dający mnóstwo energii. Miło wypić zimową porą taką bombę witaminową, która przenosi nas myślami na Copacabanę i sprawia, że w żyłach zaczyna grać nam samba!



  • 2 kiwi
  • 1 pomarańcza
  • łyżeczka cukru trzcinowego dla zrównoważenia kwaskowatości owoców
Wszystko wyciskamy w sokowirówce, wypijamy do śniadania i jesteśmy gotowi na zmierzenie się ze wszystkimi wyzwaniami dnia!


piątek, 6 grudnia 2013

Kiwi - czas na superowoce!

Zmartwiłam się dziś rano, bo mamy 6 grudnia, a tu żadnych prezentów, Mikołaj nie przyniósł mi nawet rózgi! No cóż, we Włoszech po prostu nie obchodzi się Mikołajek, czas na prezenty nadejdzie dopiero 6 stycznia, kiedy to zgodnie z tradycją przynosi je czarownica Befana (lub zostawia węgielki, jeśli dzieciaki coś przeskrobały).

Kiedy weszłam do kuchni, czekała mnie jednak miła niespodzianka, mój współlokator wrócił od rodziców i przywiózł takie oto skarby prosto z ich ogródka!


Jak się okazuje, ten prezent to istny skarb. Czy wiecie, że kiwi jest jednym z superowoców? Super- czyli takich, które charakteryzują się niezwykłym bogactwem składników odżywczych i wysokim stężeniem antyoksydantów spowolniających proces starzenia i mających dobroczynny wpływ na nasze zdrowie. Szczególnie teraz, kiedy pogoda nie dopisuje warto wspomóc układ odpornościowy i zapewnić naszemu organizmowi taką tarczę ochronną.



Już niedługo zamieszczę super-przepisy dla super-zdrowia z wykorzystaniem mikołajkowych kiwi! 

czwartek, 5 grudnia 2013

Owoce morza - skarby z głębin

Dziś makaron po raz kolejny, ale tym razem w nowej odsłonie - z mulami. Jeden z powodów, dlaczego kocham przebywać we Włoszech to dostępność wszelkiego rodzaju owoców morza. Wielką przyjemność sprawiają mi zakupy na targu, gdzie można się przyjrzeć przeróżnym stworom z głębin, choć uwielbiam też przygotowywać potrawy z ich udziałem. 



Kuchnia bolońska, z racji, że Bolonię dzieli od morza trochę kilometrów, nie obfituje w tego typu rarytasy. Zdjęcia, które publikuję w dzisiejszym poście zrobiłam podczas pobytu na Sardynii, która z kolei pod tym względem jest kulinarnym rajem. Sama wizyta na targu w Cagliari to niezwykle barwne i emocjonujące przeżycie, a konsumpcja zakupionych tam smakołyków to kolejne wrażenia - dla podniebienia.

Przedstawiam więc przepis na makaron z mulami, choć wiem, że w Polsce z dostępnością świeżych owoców morza nie jest najlepiej. Wspominałam już o tym, jak ważne jest korzystanie z lokalnych i sezonowych produktów, a w przypadku dań takich jak to, składających się z zaledwie kilku składników jest to kwestia fundamentalna. Mrożone owoce morza niestety nie mogą się nawet w niewielkim stopniu równać z tymi złowionymi tego samego dnia, o świeżym i intensywnym smaku morza.

Warto zauważyć, że owoce morza są nie tylko smaczne ale i zdrowe. Są doskonałym źródłem łatwo przyswajalnego białka, witamin z grupy B, jodu, wapnia, selenu i fluoru a także nienasyconych kwasów tłuszczowych omega-3.

Składniki:
makaron spaghetti
małże - 1kg
pomidorki koktajlowe
pietruszka
czosnek
kieliszek białego wina
oliwa


Przygotowanie:

Na początek należy wykonać niewdzięczne zadanie czyszczenia małży. Następnie wrzucamy je wszystkie do dużego garnka pod którym włączamy ogień i przykrywamy go pokrywką. Po kilku minutach pod wpływem ciepła muszle się otwierają. Następnie należy część małży odłożyć na bok a pozostałe wydobyć z muszli. Płyn, który pozostał w garnku trzeba przefiltrować. 
Na tym etapie możemy zacząć gotować makaron. Jednocześnie na patelni rozgrzewamy posiekany czosnek, dorzucamy pomidorki, następnie wlewamy trochę wina. Dodajemy małże - zarówno te obrane, jak i te z muszlami oraz część przefiltrowanego płynu. Makaron odcedzamy, gdy jest jeszcze bardzo "al dente" - po czym dodajemy go do pozostałych składników. Proces jego gotowania powinien zakończyć się na patelni tak aby wchłonął płyn z małży i aby smaki się przeniknęły.

Gotowe - teraz pozostaje tylko zjeść ze smakiem w dobrym towarzystwie i przy akompaniamencie kieliszka białego wina. Buon appettito!

piątek, 29 listopada 2013

Penne z sosem pomidorowym



Hasłem przewodnim mojego bloga jest życie fit, ale nie liczcie na znalezienie tu propozycji drastycznych diet, głodówek itd. Uważam, że kluczem do świetnej figury i dobrego samopoczucia jest racjonalne odżywianie, przy czym ja zdecydowanie postawiłam na dietę śródziemnomorską, chociaż nie ukrywam, że czasem lubię poeksperymentować w kuchni.

Dziś kolejny włoski klasyk, bez żadnej ekstrawagancji, ale to właśnie to, co tygryski lubią najbardziej - kilka składników dobrej jakości, z których szybko można wyczarować coś absolutnie zniewalającego podniebienie! 



Składniki:
  • Makaron (ja użyłam penne, ale sos jest tak uniwersalny, że świetnie będzie pasował właściwie każdy dobry makaron)
  • Pół cebuli
  • Puszka pomidorów (lub świeże pomidory w sezonie)
  • Oliwa
  • Sól
  • Parmezan
  • Bazylia

Przygotowanie:
Na oliwie podsmażyłam bardzo drobno posiekaną cebulę, następnie dodałam pomidory. Posoliłam, dusiłam ok. pół godziny – do momentu, gdy sos miał jednolitą, kremową konsystencję. Ugotowany w międzyczasie makaron wymieszałam z sosem i podawałam posypany parmezanem i listkami świeżej bazylii.

P. S. Czasem, jeśli pomidory są kwaśne dodaję też szczyptę cukru dla złagodzenia ich smaku.

czwartek, 28 listopada 2013

Tagliatelle al ragù i o Bolonii słów kilka

No cóż tym razem, będzie nieszczególnie fit, ale zakładam, że wszyscy już odbyliśmy poranny trening i w ramach nagrody możemy sobie zafundować taki obiadek. Wybór dania nie jest zresztą przypadkowy - piszę do Was z Bolonii, a tagliatelle al ragù, to obok tortellini (o których napiszę innym razem) to chluba tego miasta. Bolonia określana jest zazwyczaj we Włoszech trzema przymiotnikami: uczona, tłusta i czerwona (la dotta, la grassa, la rossa). Uczona ze względu na najstarszy uniwersytet w zachodnim świecie założony w 1088 roku. Tłusta - bo takie właśnie potrawy dominują na talerzach. Czerwona, bo takiego koloru są mury miasta. Tutaj jednak mogłabym polemizować - w zależności od pory dnia, nasłonecznienia a może i mojego nastroju, miasto zmienia barwę począwszy od odcieni różu, poprzez oranż, ugry, ceglasty, miedziany, marchewkowy, na cynamonowym i szkarłacie skończywszy. 



Tak samo krzywdzącym uproszczeniem jest sprowadzanie bolońskiej kuchni do jednego słowa - miasto to uważane jest przez wielu za kulinarną stolicę Włoch. Rzeczywiście, miłość do jedzenia widać tu na każdym kroku. Jest ono dominującym tematem dyskusji, zdobycie świeżych składników doskonałej jakości od lokalnych wytwórców nie stanowi żadnego problemu. Sami Bolończycy są bardzo przywiązani do swojej tradycji kulinarnej i produktów, które wydała ich ziemia. Myślę jednak, że podobnie jest w całej Italii - Włosi gotują lokalnie i sezonowo, od najmłodszych lat mają świadomość kiedy jest sezon na poszczególne składniki, co bardzo tutaj cenię.

No dobrze, ale teraz do rzeczy.. z tego co widziałam temat już był poruszany na wielu blogach, ale napomknę jeszcze, że tagliatelle komponują się ragù zdecydowanie lepiej od popularnego poza granicami Italii spaghetti. Spróbujcie, a poczujecie różnicę, sos naprawdę doskonale przywiera do makaronu,  w dodatku świetnie pasuje tu jego charakterystyczny jajeczny smak. Świeży makaron można kupić tu na każdym kroku, ja czasem lubię jednak przygotować go od podstaw. Pomijając kwestię oszczędności, muszę przyznać, że to bardzo relaksujące zajęcie.


Przepis na makaron:

1 jajko na każde 100g mąki


Wbijamy jajka do "krateru" usypanego z mąki. Aby zagnieść ciasto najlepiej najpierw rozbełtać jajko widelcem, tak aby stopniowo łączyło się z mąką z wewnętrznych ścianek krateru. Następnie zagniatamy ciasto póki nie uzyska jednolitej, sprężystej konsystencji. Zostawiamy kulę ciasta w spokoju na ok. 0,5h. Następnie należy rozwałkować ciasto na grubość kilku mm (lub skorzystać z maszynki do makaronu), zwijać kolejne płaty ciasta w rulon i pokroić go na paski o grubości ok. 0,5cm. Gdy rozwiniemy paski uzyskamy piękne wstążki. Możemy następnie zgrabnym ruchem nadgarstka uformować w gniazda i ułożyć na tacce (no moim zdjęciu panuje totalny chaos, ale makaron był przygotowany do natychmiastowego zjedzenia, więc w gniazda już się nie bawiłam).

Jeśli chodzi o sos, to spotkałam się z wieloma wariantami tego przepisu – niektóre przewidują np. dodatek niewielkiej ilości mleka pod koniec gotowania, ja jednak zazwyczaj poprzestaję na poniższych składnikach:


Przepis na ragu' /na 2 porcje 3-4 gniazda/:


Oliwa
Cebula
Marchewka
Seler naciowy
300g mielonej wołowiny
100g surowego boczku
Troszkę białego wina
Przecier pomidorowy
Sól
Parmezan







Na początek sporządzam tzw. soffritto, czyli podsmażam na oliwie drobno posiekane warzywa: cebulę, marchew i seler naciowy. Jak uczy doświadczenie marchew zdecydowanie wygodniej niż kroić jest zetrzeć na tarce. Po pewnym czasie dodaję mięso i smażę je przez pewien czas. Następnie solę, dolewam chlust wina i kilka łyżek przecieru pomidorowego. Najważniejsza zasada w przypadku przygotowywania tego sosu to nie spieszyć się. Szczególnie duszenie powinno odbywać się na niewielkim ogniu, co najmniej ok. godziny, a im trwa dłużej, tym rezultat jest lepszy.
Na koniec pozostaje tylko ugotować makaron, wymieszać go z sosem i można podawać do stołu! Ewentualnie można doprawić jeszcze parmezanem. Buon appettito!